wtorek, 6 lutego 2018

KRINGLE CANDLE: Gold & Cashmere.

Witajcie Kochani! Wybaczcie, że tak mnie mało ostatnio :( Przeprowadzka pełną parą, dodatkowo organizacja spotkania, dom, codzienne zwykłe obowiązki no i opieka nad Bartkiem po powrocie z przedszkola i wierzcie mi że kładąc się spać padam na twarz, a jednocześnie chętnie zyskałabym kilka dodatkowych godzin doby...
Też tak macie? Ze chętnie przedłużylibyście dobę? Czy żyjecie raczej spokojnie i bez problemu wyrabiacie się ze wszystkim? :P

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć wam kilka słów o kolejnym wosku, tym razem Kringle Candle. Dla mnie z nazwy wosk jest iście jesienno- zimowy, czyli wręcz idealny na obecną chwilę. Etykietka urocza, prawda?


'Wosk marki Kringle Candle o zapachu ciepłej, aromatycznej mieszanki słodkich cytrusów, kremowej wanilii oraz piżma w połączeniu z syropem klonowym i drzewem sandałowym.'
źródło.


Kompletnie nie zgadzam się z opisem producenta. Znaczy tak, nie czuję żadnego z tych zapachów. Być może one wszystkie łączą się dając tą mieszankę, którą ja czuję.
A co czuję?
Generalnie na sucho... nie spodobał mi się. Liczyłam że będzie to coś podobnego do Warm Cashmere z YC. Poniuchałam na sucho i poczułam zawód.
Jednak kolejny raz wąchanie na sucho się u mnie kompletnie nie sprawdziło...
Po odpaleniu zapach jest na prawdę cudny! Może odrobineczkę, odrobineczkę przypomina Warm Cashmere.
Nie umiem dokładnie określić jak to dla mnie pachnie, ale od czasu do czasu wyodrębnia się... zapach tic tac'ów :P tych takich klasycznych, białych, miętowych. One mają zapach miętowy... ale taki słodki, jednocześnie rześki. No ciężko mi opisać ten zapach, to pierwszy wosk, którego woni nie umiem do końca określić.
Ale uwielbiam, pachnie bosko, mimo że z niczym go nie utożsamiam :D
Jest taki .. luksusowy ;)


Znacie ten wosk? Jak pachnie dla was?

Wosk znajdziecie na stronie Goodies, dokładnie TU

BUZIAKI, KAŚKA :*

<< Yankee Candle: Warm Cashmere.

poniedziałek, 5 lutego 2018

DOVE BABY: Krem przeciw odparzeniom, emulsja do mycia ciała i włosów oraz balsam nawilżający.

Witajcie Kochani!
Pogoda dzisiaj przepiękna! Mroźno, ale słonecznie, Zupa niemal gotowa, dom ogarnięty, więc jest chwila na blog :) A więc zapraszam na chwilę przerwy, róbcie kawkę i zapraszam do czytania ;)


Dzisiaj chciałabym wam napisać kilka słów o produktach Dove Baby, które otrzymaliśmy na koniec grudnia, dosłownie przed samymi Świętami Bożego Narodzenia od Agencja Atelier PR. Mieliśmy czas ich trochę poużywać, więc pora na naszą recenzję!

Na początku krem przeciw odparzeniom.


Kremik pierwotnie znajduje się w kartoniku. Na nim znajdziemy skład produktu, ale też wszystkie istotne informacje.




W kartoniku znajdziemy niewielkiej wielkości tubkę, Klasyczna, ale zarazem ładna graficznie, utrzymana w tonacji biało błękitnej- typowej dla całej serii. Tubka jest dosyć miękka, nie ma problemu z wydobyciem produktu, ale też ze względu na konsystencję nie wylewa się.


Otwarcie na zatrzask, dużo wygodniejsze niż np. nakrętka. Konsystencja jest gęsta, może odrobinę mniej gęsta i klejąca niż sudocrem, który zna większość mam ;)
Krem pachnie bardzo ładnie, nienachalnie, a w pielęgnacji dziecka według mnie, ma to znaczenie.
I wszystko pięknie ładnie, ale niestety krem kompletnie się u nas nie sprawdził. Bartek od jakiegoś czasu upominał o smarowanie pupy kremem, więc w sumie używaliśmy go niemal codziennie, a na jakiś czas zrezygnowaliśmy z używanego dotychczas (tylko w przypadkach czerwonej pupy) Linomagu. Niestety nic się nie działo, a po kremie pupa zrobiła się mega czerwona i bardzo podrażniona, dałam mu jeszcze jeden dzień, aby zadziałał na problem, ale niestety, było co raz gorzej. A później ciężko nam było z tego wybrnąć :( Ale na szczęście po ok 1,5 tygodnia ani śladu po problemie :)
Niestety to nie jest krem dla nas, powędruje dalej, do dzieciaczka u którego być może się sprawdzi! :)


Jeśli chodzi o emulsję..


Zgrabniutka ładna buteleczka, swoją drogą ciekawe kształty butelek mają kosmetyki baby dove, prawda, że przykuwają wzrok?


Tu macie skład i kilka informacji od producenta.


W emulsji jest pompka, co nie ukrywam bardzo ułatwia używanie jak i dozowanie produktu. Przy dziecku- wierzcie mi, takie rozwiązanie niemal ratuje z opresji :D Bartek to straszny wierciuch, czy wiercipięta, jak kto woli :P


Konsystencja dosyć gęsta, wg mnie nie jest wodnista, nie spływa z dłoni. Kolor mlecznobiały, zapach przyjemny, dla mnie delikatny, chociaż na mój nos niewiele ma z klasycznym dove wspólnego.
Działanie określam jako dobre, jest przyjemny, nie uczuliła nas, ani nie podrażniła, nie wysuszyła Bartka delikatnej skóry, za co duży plus! Dobrze myje, całe ciałko, chociaż do włosów używamy czegoś innego.
Teraz obecnie już testujemy co innego, więc wykańczamy (niewiele już zostało) ją jako mydełko do rączek, znaczy Bartuś wykańcza :P pomaga mamie produkować denko :P

Jeżeli o balsam chodzi.


No spójrzcie na te opakowanie! Dla mnie kształt kojarzy się z 'łezką' 'kroplą'. Na prawdę urocze!


Informacje od producenta, skład.


Tutaj otwarcie jest na zatrzask, nie sprawia problemów, ale jak pisałam wyżej zdecydowanie preferuję pompkę w każdym produkcie dla dzieci ;)


Konsystencja jest kremowa, ale taka dosyć płynna, typowa dla balsamu, rzadsza niż mleczko. Zapach przyjemny, podobny do emulsji, ale troszkę intensywniejszy.
Balsam dobrze się rozprowadza, szybko wchłania, nie bieli skóry.
Nie podrażnił skóry Bartka, nie wysuszył jej ani nie uczulił. Cieszę się, bo wiadomo, różnie to bywa.
Nie nawilża jakoś spektakularnie, jednak jeśli nie mamy problemów ze skórą, żadnych zmian skazowych, balsam radzi sobie bardzo dobrze i nie wymaga żadnego wsparcia ;)

Jestem zadowolona z całego zestawu. Jest przyjemny i myślę, że sprawdziłby się u każdego maleństwa, które nie ma problemów skórnych.
Polecamy ;)


Znacie produkty Baby Dove? Słyszałam że i u dorosłych się sprawdzają, muszę je wypróbować na własnej skórze!

BUZIAKI, KAŚKA :* 

piątek, 2 lutego 2018

MAROKOSKLEP: Dezodorant ałunowy w sprayu.

Witajcie moi mili!
Luty :) Dziś już drugi. Nieźle co? I wiecie co? Luty rozpoczynam z przytupem! Mam pracę! W końcu. No i przeprowadzamy się ;) co prawda nie z własnej woli i decyzji, ale musimy.
Jednak mam ogromną nadzieję, że jest to nasza przedostatnia przeprowadzka <3 Trzymajcie Kochani kciuki!

Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o moim hicie, tak, mogę go tak śmiało nazwać. Chociaż szczerze wątpiłam, że jest coś warty, bardzo mile się zaskoczyłam. Otrzymałam go na spotkaniu blogerek w Grajewie od MAROKOSKLEP ;)

<< Spotkanie Blogerek w Grajewie Relacja.
<< Spotkanie Blogerek w Grajewie Upominki.


Mała, zgrabna buteleczka z prostą i czytelną grafiką.


Tutaj macie skład. Czy może być prostszy? Dwa składniki! Dlatego właśnie ciężko było mi uwierzyć, że to może działać. Zawsze, od zawsze używałam drogeryjnych antyperspirantów i często one nie dawały sobie rady.. szczególnie w etapach większego wysiłku, lub latem.



Obszerne informacje od producenta.


Jest to i typowe i nietypowe rozwiązanie dla deodorantów. Przeważnie rozwiązaniem jest spray, jednak jest to postać takiej jakby 'pary' tak bym to nazwała, która jest przeważnie kompletnie sucha.
Tutaj jest na odwrót. To taka mgiełka jakby, realnie moczy skórę i to czuć :P Na początku zdarzało mi się przesadzać, np 2-3 nawet psiknięcia pod pachę, jednak to zdecydowana przesada. Gwarantuję, że jedno wystarczy, wtedy przynajmniej nie spływa ;) bo przy tych kilka psiknięciach nie raz miałam mokrą koszulę ;) Ale dobra wiadomość jest taka, że ani nie brudzi ani nie odbarwia ubrań!
Nie ma się kompletnie czego bać!
Zapach przyjemny, chociaż róża nie jest moim ukochanym zapachem i do niedawna zdecydowanie jej unikałam, tutaj kompletnie mi nie przeszkadza. Jest delikatny i bardzo krótko go czuć. Dla mnie to plus.
Jeżeli o działanie chodzi.. jest świetny! Nie sądziłam, że sobie poradzi, nie sądziłam że cokolwiek zaradzi. No fakt, ja nie mam jakiegoś szczególnego problemu z potem, ani z jego zapachem. Ale zdarzało się, że ten drogeryjny, napchany chemią, nie dawał rady. A tutaj? Sukces! No jest świetny! I w intensywne dni i w te spokojne, ani razu nie było tak, żeby nie zadziałał!
Polecam bardzo mocno!

Znajdziecie go w Marokosklep, dokładnie TU, kosztuje niecałe 20 zł, ale można go trafić w niezłej promocji za ok. 10 zł. Warto, na prawdę warto!


Znacie Marokosklep? Jakie produkty mozecie polecić?

BUZIAKI, KAŚKA :*

środa, 31 stycznia 2018

BODY BOOM. Luksusowa rozkosz z peelingiem kawowym MANGO.

Witajcie Kochani!

Przygotowania do spotkania w trakcie, szukanie pracy- bardzo aktywnie ;) Plus dom, opieka nad Bartkiem popołudniami i powiem wam, że czas leci mega szybko! Nawet nie wiem kiedy, pstryk, a tu koniec stycznia.


Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć ... o mojej nowej,gorącej miłości <3
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam peelingi BodyBoom, a było to na instagramie, marzyłam o nich. Cały czas jednak odstraszała mnie od nich cena ;) No nie oszukujmy się, nie są najtańsze, ale często można je upolować w niezłych promocjach :D W takiej właśnie niezłej promocji kupiłam swój.
Miałam też jeden z joyboxa, dwa kupiłam na sprzedażowej grupie na Facebooku, ale to miniaturki :)


Proste, ale ładne opakowanie. Torebka z zamknięciem tzw 'strunowym'. Bardzo wygodne, ale początkowo (przy pierwszym opakowaniu) bałam się, że woreczek rozmoknie :D Jednak nic takiego nigdy się nie stało! Fakt, stawiam go na najwyższej półce pod prysznicem i nie leci na niego woda, jednak po każdym użyciu opakowanie jest upaćkane, więc każdorazowo je spłukuję.


Wszystkie informacje od producenta oraz skład ;)


Wyżej na zdjęciach macie czystą kawę mieloną, tutaj peeling. Nie jest on jednolity, widać że coś tam więcej w sobie ma, niż tylko kawkę ;)

Ktoś by powiedział 'Sama robię peeling kawowy, dodaję co chcę, jest idealny'. Taa, ja też robiłam, kawa, cynamon, imbir, wybrane ulubione olejki, ew cukier, no nie wiem, hulaj duszo.
Ale wierzcie mi, to zdecydowanie nie jest to samo! To.. jest cudo!
Zapach to jedno, cudowny, kawka z mango <3
Ale działanie! Petarda. Obiecuję, nie zawiedziecie się! Świeżo po wyjściu spod prysznica ewidentnie skóra jest jakby nawoskowana. Po wytarciu się jest miękka, przyjemna w dotyku, nawilżona! Tak, nawilżona i to bardzo, jednak bez żadnej lepkiej powłoki, a czuć takie satynowe otulenie.
I żaden, absolutnie żaden balsam nie jest potrzebny! Skóra jest wygładzona i dokładnie oczyszczona.
Zapach utrzymuję się całkiem sporo, bo do około godziny sama go czuję.
Co więcej, po dłuższym czasie regularnego (!) stosowania zauważyłam znaczną poprawę napięcia skóry, ale i wygładzenie jej. Szczególnie na udach i pupie.
Fajnie, bo z moją dietą ostatnio różnie. Nie to, że jem śmiecie, ale nie mam czasu wymyślać, jem na szybkiego, coś co złapię, a moje ciało błaga o zadbanie o dietę.
Ale nie wszystko naraz. Od 2 tygodni nie jem nabiału. Wykluczyłam go całkowicie, żeby poprawić stan cery, skóry głowy i ogólnie skóry ciała, z którą mam od jakiegoś czasu problem.
Od urodzenia mam alergię na białko mleka krowiego, ale niestety nabiał uwielbiam.
Jest ciężko, ale motywuje mnie to, że Bartkowi też nie można, a kp go nadal, więc dodatkowy powód.
Mam nadzieję, że w końcu uda mi się zadbać jak trzeba o swoją dietę, dodatkowo przydałoby się więcej intensywnego ruchu, jakiś trening no i może w końcu wrócę do życia :)

Peeling szczerze polecam! I mimo, że cena może przerażać jest mega wydajny ale przede wszystkim... działa! Mega pieszczota dla ciała i zmysłów!


Może znacie peelingi Body Boom?

BUZIAKI, KAŚKA :*

poniedziałek, 29 stycznia 2018

YANKEE CANDLE: Q1- Sweet Nothings.

Witajcie Kochani!
Niestety pozostaję nadal szukającą pracy ;) Ale cóż, takie życie. Znajdę coś dla siebie w końcu, na pewno ;)
Pogoda w ostatnie dni, iście wiosenna, ale i deszczowa.. Trochę przybija, ale i trochę motywuje, w końcu już bliżej wiosny, niż dalej, prawda? Prawda?? :D Oby!

Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć moje wrażenia na temat wosku Yankee Candle, z nowej kolekcji Q1: Sweet Nothings.


'Ciepłe, miękkie, słodkie - bańki mydlane, tak delikatne jak cichy szept.'
źródło.


Piękna, przepiękna grafika na tarcie, śliczny liliowy kolor. Ten zapach z całej kolekcji ciekawił mnie chyba najbardziej.. Jednak na sucho, kompletnie mi nie podszedł. Był słodki, ale miał bardzo dziwne podbicie, taki jakiś dym wyczuwałam.
Jednak po odpaleniu zmienia się on o 180 stopni!
Jest przyjemny, słodki, pudrowy, ja wyczuwam jakieś takie babciowe perfumy, ale nie z tych trujących, duszących i śmierdzących.
Nie zostanie na pewno moim ulubieńcem, ale nie jest najgorszym woskiem jaki miałam.
Pewnie wielu osobom się spodoba, jednak ja do niego na pewno nie wrócę ;)

Znacie ten wosk? Jak dla was pachnie?

Znajdziecie go na Goodies, dokładniej TU, w cenie 9 zł.

BUZIAKI, KAŚKA :*

czwartek, 25 stycznia 2018

PAUL MITCHELL: Lavender Mint. Moistruizing shampoo & conditioner.

Witajcie Kochani!
Przepraszam was bardzo za to, że tu u mnie ostatnio taka cisza. Niestety ostatnio wszystko tak się kręci, że ciężko mi ustać na nogach bez podtrzymania ;) Serio serio. Szukanie pracy, rozmowy , Bartek, dom, organizacja spotkania. Powiem szczerze, że chętnie bym się wyspała..
Kładę się 23-24, wstaję ok 6. Jakby ni liczyć pobudek syna, pewnie byłabym wyspana :D a tak co rano czuję że zmartwychwstaje, a nie się budzę :P
Znacie to? Czy raczej prowadzicie spokojny tryb życia?


Dzisiaj słów kilka o pewnym duecie do włosów, które otrzymałam na spotkaniu blogerskim w Grajewie :)
Ciekawi jak się sprawdził? Zapraszam!

Wiele, wiele razy słyszałam o firmie PAUL MITCHELL, jednak niestety tylko ze słyszenia.Bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam jak zobaczyłam, że będę mogła poznać ich produkty <3
Trafiło na szampon i odżywkę z serii Lavender Mint.
Zestaw ten otrzymałam od Miasto Włosów.

<<Spotkanie blogerek w Grajewie relacja.
<<Spotkanie blogerek w Grajewie upominki.


Tak pięknie zapakowany był zestaw! Dodatkowo było dołączone mydełko, które jest boskie! Orzeźwiające, cudnie miętowo pachnące, chłodzi skórę, bardzo fajne uczucie, chociaż kocham ciepło, nie sprawia że robi się zimno, ale fajnie chłodzi, no to trzeba poczuć!


Kilka informacji oraz składy, niestety karton wyrzuciłam :( nie zauważyłam że tak kiepskie foto wyszło :(




Najpierw kilka słów o szamponie ;)


Mieści się on w sporej, o pojemności 300 ml butelce. Ciemny, niemal nieprzezroczysty plastik, jednak dosyć miękki. Żadnych zbędnych grafik, produkt od razu przywodzi na myśl, że jest z profesjonalnej serii ;)


Otwarcie na zatrzask. No właśnie, szkoda, że nie jak w odżywce, pompka. Niestety ciężko mi się to otwierało i za pierwszym razem jeden 'zawiasik' się ułamał. Dosyć spory otwór, jednak nie wydobywa się zbyt dużo produktu.


Zdecydowanie gęsta konsystencja, perłowy kolor. Zapach bardzo rześki lawenda z miętą, na prawdę fajnie pachnie. Świetnie się pieni, dobrze oczyszcza skórę głowy, jednak moją.. aż przesadnie. Niestety bardzo mnie podrażnił, jakiś składnik ewidentnie mi nie posłużył :(  Ale znacie moją skórę głowy, na maksa wrażliwa, generalnie skład nie jest dobry, więc tego się spodziewałam.


Teraz odżywka ;)


Podobna buteleczka, również 300 ml pojemności, jednak tutaj mamy pompkę ;)


Tutaj mamy buteleczkę z pompką. Mega wygodne rozwiązanie, lubię je też jeśli o szampony chodzi ;)

Na słowo mi musicie uwierzyć, że konsystencja jest gęsta, kremowa  (niestety zdjęcie mi przepadło).  Bardzo dobrze rozprowadza się na włosach i łatwo zmywa. Szczerze to nie czuję zbytnio po włosach żeby była na nich chociaż chwilę ;) Kompletnie nie poczułam jej właściwości, nie zrobiła nic, nie wygładziła, nie ułatwiła rozczesywania.. Żeby nie ukochane mleczko pewnie bym wyrwała wszystkie przy czesaniu :/

Taka legenda, taka cena a u mnie zamiast efektu, leczenie skóry od nowa. Eh, nie lubię tego.
No ale niestety, nie wszystko jest dla wszystkich ;) Czytałam o zestawie dobre opinie, np. u Alicji ;) i Emilki :)


Znacie kosmetyki Paul Mitchell? Co się u was sprawdziło?

BUZIAKI, KAŚKA :*

niedziela, 21 stycznia 2018

PIERRE RENE PROFESSIONAL: Kilka produktów do makijażu.

Witajcie Kochani!
Zima w pełni! U was też tak popruszyło śniegiem? Pogoda jest cudna! Kocham lato, ale taką piękną, mroźną, ale nie bez przesady, zimę lubię ;) Tym bardziej jak widzę jak Bartek cieszy się śniegiem! Trochę przychorował, więc nie dawałam mu poszaleć, ale jak tylko w pełni dojdzie do siebie pójdziemy tarzać się w śniegu :P


Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć kilka słów o produktach Pierre Rene, które otrzymałam na spotkaniu blogerek.
Minęło już od niego trochę czasu, jednak dopiero teraz mam przetestowany każdy z produktów na tyle, aby móc napisać recenzje.
Zapraszam więc!

<<Spotkanie blogerek w Grajewie. Relacja.
<<Spotkanie blogerek w Grajewie. Upominki.


Cała paczuszka!

Nie znałam żadnego produktu, więc z zaciekawieniem obejrzałam i że tak powiem 'wymacałam' każdy z nich :P
Wszystko oprócz podkładu testowałam ja, podkład siostra, bo dla mnie był mega jasny.


BOUNCY FLUID FOUNDATION 

Najpierw kilka słów o podkładzie.


Pzzede wszystkim jakie cudne opakowanie! Urocze, eleganckie! Z klasą, zdecydowanie ;)


Mój odcień to 02 BEIGE. Zachowuje swoje właściwości w 12 miesięcy od otwarcia.


Dodatkowe zabezpiecznie! Super, takie rozwiązania dla mnie zawsze na plus ;)


Konsystencja bardzo lekka, super się rozsmarowuje, nie waży.


Niby podkład wygląda ok na ręku, jednak po rozsmarowaniu go na twarzy wyglądałam jak trup :P Zdecydowanie dla mnie za jasny odcień ;) Co pewnie będzie plusem dla wielu osób, bo wiem jak ciężko jest znaleźć jasny podkład.

Siostra go polubiła. Krycie bardzo miał przyzwoite, dobrze stapiał się ze skórą, nie tworzył maski. Nie był zbyt trwały, niestety całego dnia nie wytrzymywał, potrzebował poprawek po około 6 godzinach. Potrzebował utrwalenia i nałożenia pudru matującego na wierzch. Równo się ścierał z twarzy, nie tworzył plam. Nie podrażnił jej skóry, nie zapchał, ogólnie była zadowolona.


BEAUTY SPONGE.



Gąbeczkę używałam i do tego i do innego podkładu, fajnie się sprawdzała, to mój drugi- po palcach- ulubiony sposób na nakładanie podkładu :D


FIXING LOOSE POWDER.


Również ładne, estetyczne opakowanie. Zdecydowanie ich design sugeruje produkty profesjonalne.


Tutaj również dodatkowe zabezpieczenie. Naklejona folia, bez problemu dałoby się zobaczyć czy produkt nie był otwierany.


Jeżeli o odcień chodzi, również jest dosyć jasny, jednak w przypadku takich produktów nie ma to aż takiego znaczenia, ich nakłada się zaledwie okruszki, aby scalić makijaż, utrwalić go i nadać matu. Zbyt duża jego ilość mogłaby dać 'ciasteczkowy' efekt.




Niestety opakowanie... pozostawia wiele do życzenia. Jak widać na zdjęciu, jest tak skonstruowane, że puder wysypuje się po brzegach :/ A jak jeszcze zapomnę o tym i maluję się już ubrana do wyjścia,  przebieranie się murowane :P



Bardzo bardzo fajny produkt! Świetnie wyrównuje koloryt, dobrze matowi twarz, ładnie, bardzo naturalnie wygląda, a to ma dla mnie znaczenie.  Często pudry ryżowe masakrycznie podkreślają suche skórki i robią sztuczną twarz :/ Tutaj tego nie ma, za co ogromny plus!
Co dla mnie też jest plusem, nie posiada błyszczących drobinek. Wolę taflę rozjaśniacza w konkretnych miejscach a nie nasiane na całej twarzy ;)


COVER GLOSS & MATTE FLUID LIPSTICK


Kryjący błyszczyk w ładnym czerwono różowym kolorze.  Ja nazwałabym ją pomadką w płynie, nie błyszczykiem ale ok :P Drugi produkt to pomadka matowa w kolorze ładnej 'krwistej' czerwieni ;)
Eleganckie smukłe buteleczki, dosyć typowe dla błyszczyków, szminek.


Pierwszy kolor to taki żywy czerwony róż. Nie jest to ani róż, ani czerwień. No coś pomiędzy.
Drugi to krwista czerwień ;)
Aplikator bardzo prosty w obsłudze- kijaszek zakończony gąbeczką ;)
Ładnie się nakładają, nie rolują, krycie perfect.
Błyszczyk nie rozmazuje się, trzyma się w konturach... do pierwszego łyka :P Niestety wraz z piciem i jedzeniem jest po nim. Generalnie i bez picia i bez jedzenia wytrzymał w idealnym stanie jakieś 1,5-2h, a to jednak bardzo mało..
Z drugiej strony zmywanie resztek matu.. to mordęga! Rozmazuje się, i jakby wnika w usta, plus i minus :P picie ani jedzenie go nie rusza, więc i zmyć ciężko :P

Przyjemnie pachną, dla mnie to jakieś toffie. Lubię ich używać, ale na wielkie wyjścia jest za mało trwałe. Chociaż jeśli miałabym wybrać wybrałabym mat ;) :)


ICONIC LASHES MASCARA
Tusz do rzęs, uwielbiam testować nowe tusze do rzęs ;)


Tak więc bardzo chętnie zabrałam się za jego testy. Ma silikonową szczoteczkę, ładnie rozdziela rzęsy, ale szczoteczka jest tak skonstruowana, że z każdym jej ruchem kłuje nią gałkę oczną, co nie dość że jest uciążliwe to dodatkowo bolesne. Nie wiem, czy to ja nie umiem jej obsłużyć, ale z drugiej strony miałam masę tuszów z silikonowymi szczotkami i nigdy nic takiego się nie działo.


Ładnie wydłuża rzęsy, trochę je pogrubia, raczej ich nie skleja. Nie osypuje się po kilku godzinach, ale niestety tworzy efekt 'pandy' mimo zastygnięcia, i nie pod wpływem wysiłku fizycznego (pot itd) masakrycznie rozmazywał się przy dolnej powiece :/ Niestety dla mnie jest to średniaczek, mimo że ładnie upiększa rzęsy ta bolesność i rozmazywanie się, niestety go dyskwalifikują..


Tak więc jedne lepiej, drugie słabiej się sprawdziły. Ale generalnie mam z firmą dobre wspomnienia, nie są to moje pierwsze ich produkty  ;)

A wy znacie produkty Pierre Rene? Jak się u was sprawdzają?

BUZIAKI, KAŚKA :*


KOCHANI! 

Zapraszam was serdecznie do zgłaszania się na spotkanie blogerek, które organizuję razem z Emilią! Jeśli nie mieszkacie blisko, Augustów to piękne miasto, zawsze można zaplanować tu cały weekend!



Wszystkie informacje znajdziecie TU Zapraszam!