sobota, 21 listopada 2020

MELLI care: Krem do stóp granat i liczi, Krem do rąk cytryna i paczula.

Hej hej :)
Wczoraj mieliśmy pierwszą mini namiastkę zimy ;) popadało śniegu odrobinę a z kolei rano był lekki mrozik. Pierwsze skrobanko i te sprawy :D Tylko nie w moim wykonaniu w tym roku :D 

Wczoraj wieczorem próbowałam ogromny problem z blogerem. Znowu. Za żadne skarby nie mogłam dodać zdjęć. Próbowałam z dwie godziny, jakiś dramat! Oczywiście nie wspominając by w ogóle je dodać, muszę robić to poprzez inną przeglądarkę... Nie wiem jak to się stało, ani jak to naprawić ...


Mniejsza o problemy, jakoś to ogarnę muszę. Tymczasem dziś kilka słów o mega aromatycznych kremach od MELLI care. Zapraszam!



Dwie tubki, jedna do dłoni druga do stóp. To jedne z produktów jakie najbardziej lubię testować :D



Krem do rąk cytryna i paczula.


Kremik mieści się w niewielkiej tubce, jego pojemność to 50ml. Proste, przyjemne opakowanie. 


Na odwrocie znajdziemy skóład i niestety... nic w polskim języku. Trochę szkoda, wiem, że wiele osób korzysta z tłumaczeń opisów. Otwarcie jest dsyć klasyczne, jednocześnie nie do końca najwygodniejsze, bo odkręcane, ale tragedii nie ma, duży plus za to, że krem jest dodatkowo zabezpieczony sreberkiem.



Obydwa kremy są białe i dosyć gęste, jednak nie mocno zbite. Konsystencję mają podobną.
Zapach kremu do rąk jest... ciekawy. Dla mnie jest przyjemny, chociaż faktem jest, że wolę słodkie zapachy, ten jest w porządku.
Jeśli chodzi o działanie jest to na prawdę porządny krem do rąk, chociaż fakt, że to nie typowy tłuścioch. Nie jest ciężki, dobrze się wchłania, pozostawiając jedynie delikatną, przyjemną warstewkę. 
Moje dłonie jak zaczynałam testować ten kremik, jak widać na zdjęciach nie były w super stanie. Kremik pomógł mi bardzo, skóra dłoni przestała być sucha i szorstka i bardzo się wygładziła. 
Miałam pstryknąć zdjęcie, jednak od jakiegoś czasu jestem z dzieckiem w domu i i tak doba jest dla mnie za krótka, cóż zrobić...
W każdym razie bardzo go polubiłam i chętnie znów po niego sięgnę :)



Krem do stóp granat i liczi.

Ten kremik jest w takiej samej wielkości tubce jak krem do rąk.

Na odwrocie można zweryfikować skład :) Tu również plus za zabezpieczenie!


 Pachnie przecudnie, jest słodki i aromatyczny i dość długo czuć go na skórze! 
Świetnie nawilża i pielęgnuje skórę stóp. Codzienne porządne ścieranie, plus aromatyczny kremik i lepszej pielęgnacji mi nie trzeba!

Mega szybko mi się skończył, bo lubię na stopy nałożyć dużo kremu i wcisnąć je w skarpety. Tak krem ma szansę zrobić najwięcej. No i przede wszystkim wiecie co jest dla mnie ważne? Żeby po kremie stopy mi się nie pociły! A po tym jest klasa, stópki suche :)

Bardzo polecam obydwa kremy! Bardzo dobrze się u mnie sprawdziły i zdecydowanie do nich wrócę!:)



Znacie Melli care? Dajcie znać!

BUZIAKI, KAŚKA :*

środa, 18 listopada 2020

MADAME JUSTINE KOSMETYKI NATURALNE: Maska wygłądzająco- odżywcza i korundowa mikrodermabrazja.

Witajcie Kochani!
Bartek, mam nadzieję, w końcu jutro idzie do przedszkola. Jeśli nie wstanie znowu zawalony rano :P
Ja nie wiem, już w niedzielę było lepiej, w poniedziałek rano znowu zafluczony. Niby to tylko sam katar, no ale weź puść do przedszkola, w obecnej sytuacji ;)

Ostatnie dni... są mniej obfite w wolny czas, wiadomo. Będąc sama w domu mam mnóstwo czasu na wszystko, wszystko ogarniam itp. Ten post miał się ukazać wcześniej, jednak jest dopiero teraz, bo zwyczajnie doba mi się za szybko kończy, przykładowo, góra prasowania po prostu niemal sięga sufitu :D

Dziś chciałabym przedstawić wam dwa pozostałe produkty, które otrzymałam od Madame Justine Cosmetics. Zapraszam ;)


MIKRODERMABRAZJA KORUNDOWA
Produkt otrzymujemy w niewielkiej buteleczce, jego pojemność to 100ml. Duży plus za pompkę! Jaka to wygoda używania, aż się chce :D

Na odwrocie znajdziemy wszystkie informacje od producenta oraz skład.

Według producenta kosmetyk ma pachnieć arbuzem, no i rzeczywiście tak jest. Ale nie jest to taki świeży arbuzowy zapach, a bardziej słodki mini arbuz :)
Kosmetyk jest w białym kolorze, ma konsystencje lekko żelową, czuć w nim miini mini drobinki, na pewno tytułowy korund. Jeżeli chodzi o działanie zdecydowanie można stwierdzić że złuszcza martwy naskórek, przygotowuje twarz do dalszych zabiegów (maska, krem, serum itp). Twarz po takim zabiegu jest gładka, lekko napięta, ale absolutnie nie ściągnięta. Jest rozjaśniona i po miesiącu właściwie stosowania, mogę stwierdzić że przebarwienia ciut pojaśniały, plamy popryszczowe również.
Jedyne co to liczyłam po cichu, że trochę mocniej pomoże mi z zaskórnikami i ogólnie niedoskonałościami, z którymi walczę, ale mam wrażenie że ich to nic nie ruszy.
Produkt bardzo fajny, ja się z nim polubiłam, dodatkowo duży plus za zapach!
Standardowo, liczę na pogłębienie efektów z czasem, co zawsze daję znać przy denku, tak będzie i  tym razem :)



MASKA WYGŁADZAJĄCO- ODŻYWCZA
Maskę otrzymujemy w dosyć sporej, bo aż o 200 ml pojemności. No i tutuaj znowu ta upragniona pompka, co mnie bardzo cieszy :)

Na odwrocie znajdują się wszystkie informacje od producenta, oraz skład. 

Maska jest dosyć gęsta, żelowa, taka... klejąca. Pachnie okropnie :P Jakoś rybio, algowo, no całkowicie nie mój zapach. Ale wiadomo, co jest najważniejsze... Działanie :)
Z tym niestety niewiele lepiej. Konsystencja, konsystencją, ale ona całkiem wlepiała mi się w buzie, z jednej strony ciężko było ją domyć i zostawiała na buzi klejącą warstwę, więc potrzebowałam ją czymś zmyć, bo nie mogłam znieść tego uczucia... Po umyciu buzi, skóra była ściągnięta jak jasna anielka!
Bardzo nieprzyjemne uczucie... 
Dałam jej szansę kilka razy, jednak za każdym razem efekt był ten sam. Tym bardziej miałam obawę, że zlepi mi rzęsy (chodzę na doklejanie co 3 tygodnie), bo już kiedyś miałam taką sytuację z inną maską i przez nią mi wtedy dużo wypadło. Bałam się, że będzie to samo. 
Postanowiłam więc zrezygnować z dalszych prób, podaruję ją komuś, jeśli tylko dowiem się, że sprawdziła się lepiej, na pewno o tym wspomnę w denku :) 



Tak to jest, nie wszystko jest dla wszystkich. Super skład, ale... No właśnie, ale. 
Nie tym razem :)
Jednak mikrodermabrazję całym sercem mogę polecić! To produkt, który warto poznać!


Znacie te kosmetyki? Może macie inne zdanie na ich temat? Dajcie znać!

BUZIAKI, KAŚKA :*

sobota, 14 listopada 2020

MADAME JUSTINE kosmetyki naturalne: Tonik złuszczający z kwasem jabłkowym i hydrolat lawendowy.

 Hej hej.

U nas właściwie nic nowego :) We wtorek Bartosz w przedszkolu miał przedstawienie z okazji rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, jaki był dumny! Jak się starał, uczył kwesti, piosenki śpiewał. Szkoda tylko, że przez obecną sytuację rodzice nie mogli być obecni.. Ale cóż, takie czasy. Wiele rzeczy jest nie tak jak trzeba. Dostęp do lekarzy, właściwie nie tylko do tego pierwszego kontaktu, ale nawet do specjalistów. Obecnie u nas szpital jest szpitalem Covidowym, przychodnie nie działają, to jest dramat. Po niedzieli mam wizytę u ginekologa, 40 kilometrów od domu, bo u nas próbowałam, do jednego zaufanego lekarza prywatnie, ale też nie da rady. Więc jadę do swojej lekarki do innego miasta, tam również przyjmuje. Paranoja! I wiele innych rzeczy jest teraz problemem, zajęcia dodatkowe np. Ehh, szkoda gadać.

Ale dość już tego marudzenia...

Dzisiaj przychodzę by pokazać wam kosmetyki, które testuję już w sumie miesiąc, więc przyszła pora na kilka słów o nich. Firma jest niewielka, w swoim asortymencie, który możecie zobaczyć TU, nie ma wielu kosmetyków, ale za to te produkty mają super składy, KRÓTKIE składy i są dopracowane jak mało co, wierzcie mi. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam :)



HYDROLAT LAWENDOWY

Hydrolat otrzymujemy w niedużej, szklanej buteleczce o pojemności 100ml. Grafika jest bardzo prosta i przyjemna. 

Na odwrocie znajdziecie wszystkie informacje od producenta, sposób użycia, oraz skład :)

Jedną rzecz mogłabym opakowaniue zarzucić. Dla mnie otwór jest zbyt duży by dokładnie dozować hydrolat. Fajnie, gdy dodane są te takie koreczki z małą dziurką, to wiele ułatwia.
Skończyłam narzekać :P Teraz już same plusy, a będzie ich kilka!

Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam hydrolat lawendowy! Mimo, że zapach sam w sobie to zdecydowanie nie jest mój hit, wiem że działa cuda na mojej twarzy. To nie jest mój pierwszy hydrolat lawendowy, jednak pierwszy od Madame Justine. Nie zawiodłam się ani trochę!
Świetnie oczyszcza buzię z zanieczyszczeń dnia codziennego, super radzi sobie z doczyszczeniem jej z resztek makijażu po umyciu buzi żelem. Matuje skórę jednocześnie jej nie ściągając, ani razu nie czułam tego nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Po jakichś dwóch tygodniach używania zauważyłam też, że w dzień, z makijażem moja skóra nie potrzebuje 'odtłuszczenia', a przeważnie tak jest. 
Świetnie przymyka moje wielkie pory zarazem dobrze je oczyszczając. Przyspiesza gojenie się intruzów, jeśli takowe się pojawią, a był to trudny dla mnie miesiąc. Dużo mi się spóźnił okres, miałam jakiś mega mętlik hormonalny, powiem szczerze, że wyglądało to tak, jakby dwa razy 'nawiedziło' mi coś buzię 'przedokresowo', pewnie wiecie co mam na myśli. Jednak pierwszy raz to był jakiś psikus. Jednak dla mnie mało zabawny :P
W każdym razie ten hydrolat na prawdę miał bojowe zadanie.. I moim zdaniem poradził sobie super, chętnie znów do niego wrócę!




TONIK ZŁUSZCZAJĄCY
Tonik otrzymujemy w niewielkiej, zarazem dwa razy większej buteleczce niż hydrolat. Jego pojemność to 200ml. 
Na odwrocie znajdziecie wszystkie potrzebne informacje od producenta, skład.



Tonik to kolejny strzał w dziesiątkę! Cieszę się, że sama mogłam sama wybrać produkty do testów i zdecydowałam się akurat na te produkty. One najbardziej mnie kusiły, a intuicja ewidetnie jest na swoim miejscu :))

Ładna cera, wyrównany koloryt, no pomijając tych 'okresowych gości', ale na nich to tak patrzenic nie działa. Wiem, że produkt jeden i drugi wzajemnie się uzupełniają, temu efekt jest aż tak fajny i widoczny. Moja cera ostatnio na prawdę dobrze wygląda bez makijażu (mam na myśli podkład, brwi wypełniam ciągle, bo biedne one:P). Jasne, że dużo dają mi rzęsy, ale one nie sprawiają, że cała twarz jest taka żywa, w końcu nie jest poszarzała, koloryt się wyrównuje, chociaż w miesiąć (!!) zużyłam jakąś 1/3 tego toniku, przy codziennym używaniu! Jest hiper wydajny. Ciekawa jestem jakie efekty będą, jak buteleczka dobije dna, na pewno w denku dam wam znać!




Na dniach pojawi się również post o pozostałych dwóch kosmetykach MADAME JUSTINE, wyczekujcie więc i zapraszam :)

Miłej końcówki weekendu,
BUZIAKI, KAŚKA :*

wtorek, 10 listopada 2020

Denko września i października :)

 Hej hej! 

Dacie wiarę, że to już listopad :o Jestem w wielkim szoku. W każdym razie od początku jakis ten listopad łaskawy. Dostałam przedłużenie świadczenia rehabilitacyjnego, uff. Chociaż generalnie byłam pewna, że to tylko formalność, jednak leciuśki stresik był. No i też liczyłam, że nie dostanę na pół roku, jak wnioskował lekarz, bo mam, właściwie mamy, małe plany ;) a teraz dupa w troki, trzeba w pełni dojść do siebie, mam na to 4 miesiące ;) Później powrót do prawdziwego życia :P 

Dzisiaj przychodzę z denkiem, będzie szybko, bo biorę się za kolejny, ciut ważniejszy post. Denko lubię, nie zrezygnuję z tego, sama lubię je oglądać. W każym razie, zapraszam ;)




* Mężowe ulubione :) Ale to już wiecie :P


* Mydła chyba już innego nie kupię ;) Mango super pachnie, oliwkowe też jest spoko, wzięłam dla odmiany :) 
* Skarpetki również najlepsze.


* Pasta ziajka. Już zrezygnowaliśmy z niej, teraz kupuję pastę dla starszaków :)
* Żel z Yope, ekstra! Cały czas Bartek je używa, ten obłędnie pachniał.



* Suchy szampon z Isany spoko, lubię go, ale jednak batiste kupię następnym razem, bardziej polubiłam Batiste.
* Szampon przeciwłupieżowy Isana- bardzo dobry produkt jak ktoś ma problemy ze skórą głowy, mi bardzo pomógł. 
* Farba niemal jak zawsze Syoss. Muszę już znów pofarbować, co miesiąc muszę, nie ma bata, tak rosną. Chociaż też wypadają ;(
* O tym szamponie z miodowej mydlarni nic nie napisze bo będzie post, niedługo :)


* Soczewki już standardowo takie.
* Micel był bardzo spoko :) chętnie wrócę, kupiłam go w ekstra cenie.
* Płatki duże super, tych okrągłych więcej nie kupię ze względu na skład. I tak teraz przeważnie wielorazowych używam :)
* Korektor świetny! Mam teraz inny odcień i gorzej się sprawuje, bo muszę go dobrze ukrywać, ten dosłownie wtapiał się w cerę. Chyba najlepszy jaki miałam...
* Plaster na nochala, no troche oczyścił :P
* Szampon do rzęs, ciągle robię, no i tym myję. Lepiej mi się trzymają jak myję szamponem a nie przy myciu twarzy wodą/żelem do mycia twarzy.


Chustki czasami się jeszcze przydają, nadal Babydream.
Tampony Masmi. Utwierdziłam się w tym że nie lubię tamponów z aplikatorem, no nie umiem ich obsłużyć... nie jest to dla mnie wygodne. Ale ogólnie nie uczuliły, nie podrażniły, super są.


* Żele isana. Berry Love=love <3 Zapach obłęd. Pierwszy to średniak.

* Peeling Nature Box spoko, ale... bez szału. Podobał mi się zapach, bardzo, ale zdzierak to średni.


No i hop. Gotowe. Od jakiegoś czasu szwankuje mi blogger... Musiałam zmienić przeglądarkę, no ale udało się i jest post. :) ale jakość, giga. mam dobre zdjęcia, a wyglądają koszmarnie, eh.


Coś wpadło wam w oko? Dajcie znać!

BUZIAKI, KAŚKA :*

sobota, 3 października 2020

COSNATURE: 3W1 Naturalny szampon i żel z wyciągiem z szyszek chmielu.

Hej :) Jesień zdecydowanie się już zaczęła. Pogoda momentami już pokazuje swoje kaprysy, cóż, nie ma się co dziwić, mamy październik. Wrzesień minął mi momentalnie, nawet nie wiem kiedy przeleciał. Generalnie mam wrażenie, że cały rok mi tak uciekł. Też to czujecie, czy tylko u mnie świat wszedł w jakieś anormalnie chore obroty?


Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o szamponie 3w1 z nowej serii Cosnature MEN. Używał go oczywiście mąż, więc recenzja pośrednio będzie jego ;) Zapraszam.


Produkt otrzymujemy w dużej tubie o pojemności 200ml. Grafika sugeruje co produkt ma w środku, wyciąg z szyszek chmielu.


Naklejka z informacjami w języku polskim- super. Można też zerknąć na skład :) Producent zapewnia też, że produkt zachowuje swoje właściwości 12 miesięcy od otwarcia. 


Konsystencja jest dosyć gęsta, typowa żelom. Produkt jest całkowicie pozbawiony koloru, jest bezbarwny. Jeśli o zapach chodzi mąż określa go jako dziwny, zupełnie nie w jego stylu, ja z kolei uważam, że zapach jest specyficzny, fakt, jednak według mnie ciekawy.

Jeżeli o działanie chodzi... Normalnie pierwszy raz w życiu jesgtem w takiej sytuacji, że mąż aż tak skarżył się na działanie jakiegoś produktu. Przeważnie było tak, że jest to ewentualnie nic ciekawego, że zapach nie taki, że nie robi czegoś, a miał robić. W tym wypadku ani zapach nie taki, ani działanie... Na początku było ok, problem pojawił się po około tygodniu. Swędzenie skóry głowy i ogólnie całej skóry ciała. Na tyle że np na łydkach pojawiły się dziwne suche i łuszczące się plamy. Skóra mego męża nie jest jakaś wymagająca, balsamów od zawsze używał dosłownie kilka razy w roku (w 90% ja go namawiałam, np po długiej ekspozycji na słońcu), więc to na pewno nie stało się przez fakt tego, że zapomniał się nakremować, bo zwyczajnie robi to rzadko. 

Musi być tu jakiś składnik, który tak go podrażnia, innego wytłumaczenia nie znajduję. 

Szkoda, bo na prawdę czuję duży zawód. Właśnie ze względu na to, że dla męża przeważnie większość kosmetyków chociaż 'pasuje'. Tym bardziej, że nie oszukujmy się, ze względu na skład i politykę firmy jest to produkt warty wypróbowania. 


Znacie produkty Cosnature? Ja mam z nimi bardzo przyjemne doświadczenia! Pochwalcie się co sprawdziło się w waszej pielęgnacji i czego używają wasi mężczyźni? Dajcie znać, jestem ciekawa!

Udanej reszty weekendu
BUZIAKI, KAŚKA :*

czwartek, 24 września 2020

BENECOS: Naturalny szampon Pokrzywa&melisa.

 Hej :)

Piękna jesień trwa, szok jak bardzo pogoda nas rozpieszcza. Codziennie piękna pogoda i plac zabaw, rowery. A to już końcówka września! Strasnie się cieszę, bo ja dopiero od początku września mogę jeżdzić rowerem, więc korzystamy ile się da. Niestety ostatnio mój mąż dużo pracuje, więc ten rower  nie jest codziennie. Ale i tak kilka razy nam się udało, więc super.


Dziś chciałabym wam opowiedzieć o szamponie, który niedawno otrzymałam do przetestowania. W paczce, którą otrzymałam znajdowały się dwa proddukty. Szampon Benecos był dla mnie, cosnature dla męża. 

Od razu zabraliśmy się do testów a teraz kilka słów o moim wariancie.


Szampon znajduje się w dużej tubie, jego pojemność to 200ml. Grafika bardzo przyjemna :)


Fajnie, że jest naklejka z informacjami od producenta w języku polskim. Skład do wglądu.


Szampon jest w jasnym, żółtawym, ale i dość transparentnym kolorze. Zapach przyjemny, nie drażniący. 

Jeśli o działanie chodzi, niestety zawód i to ogromny. Jeśli ktoś mnie czyta, wie dobrze, że moja skóra głowy jest problemowa, bardzo. Kilka miesięcy temu, myślę że ok 3-4, całkowicie zapanowałam nad problemem. Używałam szamponu przeciwłupieżowego Isana, i Nizoralu tak co 3 mycia. Póżniej, jakieś dwa miesiące temu, no może więcej, włączyłam szampon w kostce z Miodowej Mydlarni. Wszystko było okey, zero problemów, skóra idealna. Doszłam nawet do tego, że nie myłam włosów co drugi dzień a co 3-4 nawet, nadal wszystko grało.

Użyłam szamponu Benecos raz, raz jeden, jedyny. Swędzenie pojawiło się już następnego dnia, łupież, strupy dwa dni później. Nie zmieniłam absolutnie nic innego w pielęgnacji włosów, więc niestety winą obarczam właśnie go.

Nie wiem czemu tak się stało, co, jaki składnik to spowodował. Chętnie bym się dowiedziała.

Niestety jestem zmuszona zużyć go do mycia ciała, właściwie juz niewiele mi zostało, bo od razu go do tego przeznaczyłam. Słabo pocieszające, ale jako żel sprawdza się bardzo spoko, zapach przypadł mi do gustu. Jako szampon, u mnie, całkowicie do skreślenia.



Znacie produkty Benecos? To mój pierwsze z nimi spotkanie, szkoda że tak nieudane, bo wiele czytałam o nich zachwytów :(

BUZIAKI, KAŚKA :*

czwartek, 10 września 2020

GARNIER FRUCTIS: Regenerująca maska Papaya Hair Food.

Witajcie :) 

Pogoda już się posypała, co chwila pada, jest chłodno, czuć już jesień, bezapelacyjnie- czuć jesień,

Bartek posmarkany (po nocy odrobine pokasłuj, chociaż w ciągu dnia już się to nie powtarza), więc jest ze mną w domu, pewnie żebym pracowała, chodziłby do przedszkola, ale z racji tego, że jestem w domu, mogę go zatrzymać z byle katarem. Jednak mam nadzieję, że szybko minie i w poniedziałek wróci do dzieci..

Dzisiaj chciałabym wtrącić kilka słów o słynnej już chyba masce, ze słynnej serii Garnier Hair Food. Mój wariant to Papaya. Nie ukrywam, że wzięłam akurat ten licząc na upojny zapach :P Ale aloesowa wersja również mnie teraz ciekawi, jak kupowałam ten wariant, aloesowej jeszcze nie było.

Zapraszam więc do przeczytania mojej opinii :)

Bardzo fajne opakowanie, duża pojemność, co jest ogromnym plusem.


Jest w większości z naturalnych składników- fajnie, zawsze to mniej szkodliwego shitu.


Maska jest bardzo gęsta i kremowa, jest w kolorze białym. Wystarczy dosłownie odrobina by pokryć całe włosy na długości oczywiście, na skórę głowy nigdy nie nakładam. 


Tu można zerknąć na skład. Producent gwarantuje, że maska zachowuje swoje właściwości ok 12 miesięcy od otwarcia. Całkiem sporo, i dobrze, bo ja jej już bardzo długo używam, myślę że dłuzej niż rok i jeszcze na kilka użyć mi zostało.

Producent propouje 3 sposoby użycia jej, jako odżywkę po myciu, ale ze spłukiwaniem, jako maskę, lub jako odżywkę bez spłukiwania.

Szczerze powiem, że na trzeci wariant... bym się nie pokusiła. Jestem pewna na 1000%, że obciążyłaby moje włosy masakrycznie, nadawałyby się do kolejnego mycia.. i to natychmiast.

Ja używałam jej jako odżywki ze spłukaniem, dosłownie po 2 minutach. Takie rozwiązanie sprawdziło się u mnie najlepiej, chociaż też trzeba było używać jej z głową i dozować niezwykle ostrożnie. Oczywiście na początku użyłam jej jak maski, w końcu to maska. Jednak włosy były zbyt obciążone. Pierwszego dnia były względne, jedak nadawały się do mycia już następnego dnia, więc te rozwiązanie jest kompletnie nie dla moich włosów.

Nie mam jakoś strasznie zniszczonych włosów, myślę, że są generalnie w niezłej kondycji tylko dość mocno się sypią.. Czemu? Nie wiem. Mimo, że doprowadziłam do porządku skórę głowy, włosy wypadają jak szalone. Chyba wrócę do biotyny, jednak czy można ją tak brać non stop, cały rok ? Bo jak biorę, jest dużo lepiej. Ale jak tylko zrobię przerwę problem wraca z taką samą siłą...

Używana jako odżywka, w niewielkich ilościach, sprawdziła się u mnie rewelacyjnie! Włosy po niej są mega gładkie i sypkie, a dodatkowo mając na uwadze zapach... OBŁĘD! Zapach jest cudowny, słodkawy, ale fajnie przełamany kwaśną nutą! 
Jednak muszę stwierdzić, że produkt jest trudny. Dla mnie bardzo nawet. Wystarczy nałożyć odrobinę zbyt dużo i oklap gwarantowany. Parę razy tak mi się zdarzyło.

Więc powiem szczerze że mam ciut mieszane uczucia. Z jednej strony sprawdzała się świetnie, z drugiej w bardzo łątwy sposób mogła uczynić masakrę...


Czy polecam? Polecam, ale... No właśnie, ale. Warto spróbować, jednak miejcie nie uwadze moje ale :P

Znacie tą maskę? Może inna z tej serii sprawdziła się lepiej? Dajcie znać!

BUZIAKI, KAŚKA :*