piątek, 28 kwietnia 2017

BIELENDA: VANITY Golden Oils Krem do depilacji.

Hej! Ale pogoda co? Całkiem do bani :/ No i niestety lepiej się nie zapowiada... Bartkowi idą zęby- na całego! Dopiero co przebiła się czwórka- z tydzień- dwa temu. Przedwczoraj kolejna się przebiła, a dziś trójka! To są trudne, bardzo trudne dni, wierzcie mi :P

Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o kremie do depilacji marki Bielenda. Krem ten otrzymałam na marcowym spotkaniu blogerskim. Upominki pokazywałam TU. I się ucieszyłam i nie. Wiele już takich specyfików się u mnie przewinęło, jednak tylko jeden zadziałał, dobrych parę lat temu.
Byłam do tego produktu nastawiona bardzo sceptycznie, najzwyczajniej nie wierzyłam w jego skuteczność.




Kilka informacji od producenta.


Produkt otrzymujemy w kartoniku, bardzo miła dla oka grafika.  W kartoniku znajduje się tubka z zawartością 100 ml kremu. Otwarcie za pomocą odkręcanej nakrętki. Niby niezbyt wygodne, ale w przypadku tak małej pojemności, dla mnie to nie za wielki problem, krem starczył na dwa razy.


Jak widać kolor biały, cieszcie się, że nie czuć zapachu :P Okropny... dla mnie podobny do moczu.. :P
Ale tak pachnie każdy krem do depilacji, więc byłam na to nastawiona. Cudów nie oczekiwałam.

Krem wystarczył mi na dwa użycia. Nie żałowałam go, nałożyłam bardzo dokładnie na każdy milimetr ciała, które chciałam wydepilować.
Rozprowadzał się lekko i szybko, Nałożenie go zajmuje chwilkę. Ja robiłam to palcem. Następnie czekamy od 5-10 minut, zależnie od grubości włosów. Ja trzymałam całe 9 minut :) Mam włosy ciemne, wręcz czarne i bardzo grube.
Po odczekaniu danego czasu ja usuwałam krem wraz z włoskami szpatułką. Taak! Zadziałał! I to bardzo dobrze, byłam ogromnie zaskoczona!
Po tych 9 minutach włosy zamieniły się w gumeczki. Bez problemu usunęłam je za pomocą plastikowej szpatułki.

No jestem zaskoczona! Na pewno zakupię kolejne opakowanie! Nie jedno :)
Polecam!


Znacie? Jakie macie zdanie na temat takich produktów?

BUZIAKI!

środa, 26 kwietnia 2017

HEGRON: Odżywka do włosów (do spłukiwania).

Witajcie :) My obecnie przesiadujemy trochę w domku, mamy katarek, póki nie jestem pewna czy jest od przeziębienia, czy może od ząbków, ewentualnie alergii, nie chcę ryzykować. Szybki wypad do sklepu i tyle. Takie małe wietrzenie w zupełności synkowi wystarczy :)
Pogoda nie dopisuje, wieje bardzo silny wiatr, przez co temperatura odczuwalna jest sporo niższa niż wg termometru... Wrócił czas na cieplejsze ubrania, no cóż. Tak to w kwietniu bywa :)

Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o odżywce HEGRON, do spłukiwania tym razem, którą otrzymałam w ramach testów od Michała z Twoje Źródło Urody. Bez spłukiwania, opisywałam TU.



Skład dla ciekawskich ;)

Ta odżywka, tak samo jak tamta wersja, znajduje się w dużej, pół litrowej butli. Produkt utrzymuje swoje wartości w 12 miesięcy od otwarcia.


Tutaj znów otwór jest wręcz ogromny. Ciężko przez niego dozować produkt.


Ta odżywka nie jest aż tak bardzo lejąca, jest odrobinę gęstsza. Zapach tamtej bardziej mi się podobał, jednak ta nie pachnie nieprzyjemnie :)

Jeśli o działanie chodzi ... I tutaj zaczynają się schody. Nie wiem, co z nią jest, ale moje włosy tak ją chłoną, jakby była wodą.
Wydaje się być dosyć treściwa, gęsta wystarczająco jak na odżywkę.
Jednak ile bym jej nie nałożyła na włosy, znika, po prostu wtapia się we włosy nie robiąc nic.
To tak samo jakbym nie użyła po szamponie nic.
Włosy trudne do rozczesania, wcale nie miękkie, nie odżywione. Zupełnie się u mnie nie sprawdziła... a szkoda :/ bo jej siostrę bardzo polubiłam, świetnie działa na moje włosy.
Nie wiem co z tą jest nie tak, ale coś najwyraźniej jest...


Znacie tą odżywkę? Może tylko u mnie tak działa?

POZDRAWIAM!

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

DROGERIA ESTRELLA: Szminki Rimmel.

Witajcie :)
Dzisiaj post kolorówkowy. Nie pojawia się tu ich za wiele, ze względu na to, że nie potrafię zrobić ładnych zdjęć pomalowanych rzęs, ust... nie potrafię ująć tego jak prezentują się w akcji w rzeczywistości.
Jednak czasem lubię podzielić się z wami jakimś hitem, lub nie koniecznie.

Chciałabym, żeby pojawiało się więcej kolorówki i szczerze nad tym pracuję, mam nadzieję, że w końcu to wywalczę :) Żadna ze mnie specjalistka od makijażu, ale lubię się pobawić, uwielbiam być umalowana, uważam że bez makijażu wyglądam na prawdę kiepsko :P


Więc zapraszam was na moją opinię o tych dwóch produktach.


Obie szminki mimo, że w zupełnie odmiennych kolorach, są w moim guście :)
Każdą z nich bardzo polubiłam, obie są bardzo trwałe, a szczególnie ta matowa, przy zmywaniu trzeba się nieźle natrudzić, żeby ją zetrzeć.

Jako że uwielbiam matowe pomadki, czerwień mną zawładnęła. Używam jej nawet nie wychodząc z domu (chociaż rzadko się tak zdarza, przeważnie wychodzimy chociaż na 15 minut pochodzić, mimo złej pogody, a ja bez makijażu nie wychodzę:P)


Obie są bardzo napigmentowane, jedno pociągnięcie i usta są idealnie pokryte.
Gdyby nie to, że drugi kolor to nie mat, nie czerwień by mnie tak oczarowała, bo takiego koloru jeszcze nie miałam a od dawna go szukałam. Jest dosyć nietypowy, Taki ni to brąz, ni to bordo, ni to taki brązowy fiolet... No ciężko mi określić odcień, którego też w pełni nie ukazuje zdjęcie, ale jest na prawdę interesujący.

Polecam wam obie! Jestem z nich zadowolona i cieszę się, że akurat te odcienie do mnie trafiły :)




Znacie te szminki?

BUZIAKI! 

piątek, 21 kwietnia 2017

OH My Sexy Hair! Algowa maska do włosów.

Witajcie Kochani! Czyżby zima wróciła? Szok jaka pogoda co... My w niedziele wielkanocną po przebudzeniu doznaliśmy szoku... Sypał śnieg! I to na prawdę nieźle! A było już tak ciepło! Co najgorsze, nie zapowiada się na szybki powrót pięknej wiosny :( Ale, że w zapowiedzi pogody często zakradają się błędy, liczę po prostu że tak będzie i tym razem :)


Dzisiaj przychodzę, aby przekazać wam kilka słów o tej masce do włosów, którą otrzymałam na spotkaniu blogerek, o którym pisałam TU. Sprawdźcie sami jak się u mnie sprawdziła!


Produkt otrzymujemy w dużym, pół litrowym plastikowym słoiku. Lubię takie duże opakowania i nie lubię... Ma to dwie strony medalu. Na moje włosy mało pojemnościowe maski są trudne do oceny. Dosyć dużo produktu idzie, aby pokryć włosy, ciężko po dosłownie kilku użyciach ocenić jak działa produkt.
Z drugiej strony, nie jest ją lekko otworzyć mokrymi dłońmi, więc dla mnie rozwiązanie jest takie, że stoi na stałe w jednym miejscu, a pokrywka nie jest zakręcona, a dociśnięta :) Zdaje to świetnie egzamin!




Konsystencja bardzo gęsta, kolor błękitno-perłowy. Zapach cudny! Moooże delikatnie morski, chociaż dla mnie algi nie pachną morsko, no ale ta maska odrobinę. Bardzo świeży, orzeźwiający zapach.
Jest bardzo wydajna, na mokrych włosach się dosłownie ślizga, szybko da się nią pokryć całe włosy, a wierzcie mi, że mam je długie.

Działanie jest świetne! Polubiłam ją od pierwszego użycia. Świetnie wygładza włosy, bardzo ułatwia ich rozczesywanie, a ja mam z tym duży problem. Z racji tego, że są kręcone piekielnie się plączą. Od dawna rozczesuje je tylko na mokro, bo inaczej beczę jak dzidzia :P

Po wyschnięciu włosy dużo mniej się elektryzują, nie puszą się tak bardzo i są dużo przyjemniejsze w dotyku, takie mięciutkie.
Maska jest świetna! Jak tą zużyję, na pewno kiedyś ją zakupię, może nawet i drugi wariant :)
Polecam serdecznie!


Znacie tą maskę? U was się sprawdziła?

BUZIAKI, KAŚKA :*

środa, 19 kwietnia 2017

YANKEE CANDLE: Macaron Treats.

Wiosna, kiepska, ale wiosna, niebawem lato, a mi chęć na palenie wosków nie mija :) Każdy mówi/pisze, że sezon wiosenno-letni nie jest częstym okresem palenia świec i wosków. Dla mnie póki co jeszcze ten okres nie nadszedł, co wieczór tylko czekam, żeby odpalić ulubioną świecę lub wosk, ewentualnie poznać, nowy z mojej skromnej kolekcji.

Tak więc dzisiaj nowy zapach, nowy post. Zielony, wiosenny, słodko pachnący, zapraszam!


'Wosk ze świątecznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o klasycznym zapachu paryskich makaroników, czyli słodkiej mieszanki wanilii i migdałów.'


Wosk w kolorze zielonym, jak tytułowy makaronik z etykiety.
Jadłam te ciasteczka, ale nie za bardzo mi posmakowały. Były jakiś czas temu dostępne w Lidlu, jednak to nie do końca mój smak. Lubię słodkie, ale nie bezy, bo są dla mnie zbyt słodkie, no i właśnie te ciasteczka smakowały mi bezą.

Jeżeli o zapach chodzi, dla mnie przecudny! Słodki migdał z podbiciem wanilii? Dla mnie to dokładnie ten zapach,

Wychodzi na to, że jestem jednak fanką słodkich zapachów :) Dużą świecą 'makaronikową' bym nie pogardziła, nie nie :))

Wosk dostępny na stronie Goodies, w cenie 9 zł.


Znacie ten wosk? Dla was też tak cudnie pachnie?

POZDRAWIAM :*

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Zalando w akcji TRND.

Witajcie Kochani :) Jak po świętach? Szybko minęły jak zawsze Wielkanocne...
Dzisiaj krótko chciałam wam opowiedzieć o moim udziale w akcji TRND: Zalando.

Otrzymałam paczuszkę z bonem upominkowym dla mnie i shopperką, którą teraz bardzo chętnie biorę na spacery zamiast torebki, oraz kuponami rabatowymi do rozdania.




Moje pierwsze zamówienie to były trampeczki i baletki. Obie pary w rozmiarze 41. Przed ciążą nosiłam rozmiar 39, czaaasem 40. Po ciąży, kiedy potrzebowałam kupić buty na chrzciny w 41 nie mogłam się wcisnąć... Jednak to dobry znak, że teraz 41 są za duże. Baletki też były przyduże, jednak na dłuższe spacery są ok, wtedy bardzo puchną mi stopy :)






Bardzo ładne i bardzo wygodne. Kosztowały niewiele, ok 35-40 zł.

Trampeczki kosztowały ponad 70 i oprócz rozmiaru wygląd ich na żywo niezbyt mi się spodobał.. Jednak żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, chociażby, żeby wam je pokazać.

Zwróciłam drugą parę butów i wtedy zamówiłam sukienkę... Czy to był dobry pomysł ?



Sami spójrzcie, wydaje się być ładna, jednak jest dziwnie skrojona, ogólnie jest dosyć opięta, jednak pod pachami i na całej długości rąk dziwnie wisi...

A więc i ją zwracam. Muszę poszukać sobie chyba torebki, najmniejsze zawiedzenie będzie :P


A wy znacie ZALANDO?

BUZIAKI :*

piątek, 14 kwietnia 2017

Denko #3. Marcowe, znowu duże!

Witajcie! Pogoda zupełnie się popsuła co? U nas co chwila to leje, to słońce świeci.. Święta nie będą chyba zbyt piękne, jeśli o pogodę chodzi. A wy Kochani jak spędzacie tegoroczne Święta? U rodziców/teściów, czy sami już z własną rodzinką? Przy okazji chciałabym życzyć wam wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Wielkanocnych! Dużo zdrowia i samych radości! Ciepłych i rodzinnych chwil!


Dzisiaj przychodzę aby pokazać wam produkty, które dobiły dna w marcu :) Niby trochę spóźnione, no ale bez przesady, nie tak mocno :P
Zapraszam!


Lubię mieć takie porządne denka :) całkiem nieźle idzie mi zużywanie zapasów, staram się jak mogę je uszczuplić :)

TWARZ:


* maska NC- recenzja niebawem
* maska kokosowa <RECENZJA>
* maska ded sea <RECENZJA>
* bielenda krem <RECENZJA>  używałam go od WRZEŚNIA !!!! Jeeju jak długo :o
* maska z granatem- również przyjemna jak koleżanka z aloesem :)
* soczewki jednodniowe- używałam ich nie raz, są spoko
* krem bielenda <RECENZJA>
* peeling enzymatyczny bielenda- niestety na mnie nie działa
* maska Bielenda- piekła mnie po niej twarz, ale krótko, większej biedy nie odnotowałam :D
* pianka do demakijażu IVANATURA. Miała być recenzja, ale nie będzie. Nie nadaje się ona zupełnie do demakijażu, nie wiem ile razy trzeba jej użyć, żeby zmyć makijaż... Ale do oczyszczania twarzy bez makijażu jest super :)


WŁOSY: 


* szampon i odżywka Gliss Kurr <RECENZJA> 
* olej z orzechów włoskich zużyty do olejowania włosów. Nie najgorzej się sprawdzał, ale to jeszcze nie to, ideału szukam nadal!
* oliwka Babydream także zużyta do olejowania. Nie kupię ponownie. Jakoś mi się nie wpasowała ...



* balsam i maska Natura Siberica <RECENZJA>
* szampon Bania Agafii- bardzo przyjemny, kupię ponownie, wtedy zapewne pojawi się recenzja :)


CIAŁO: 


* kremowy żel AA- bardzo przyjemny, kupię  ponownie :)
* dezodorant nivea- najulubieńszy :)
* mydło ziaja z jedwabiem- też fajne, moze kupię ponownie, jak wykończè zapasy :D



* żel z original source, właściwie płyn do kąpieli. Czekolada i mięta... to nie mój zapach... :/
* balsam karmelizowane jabłko YR. No i tu mały problem- zapach obłędny, drobinki słodkie, nie przesadzone, ale okropny otwór, ciężko dozować produkt, no i działanie niezbyt mnie urzekło, miałam wrażenie że troszkę mnie podrażnia.
* żel do higieny intymnej z białego jelenia- nie pierwsza butelka- lubię go.


DŁONIE: 


* mydło w płynie Linda. Zapach- boski! Ale wysusza mi ręce... także więcej nie kupię tych mydeł, bo to nie pierwszy raz.


KOLORÓWKA: 



* pudder Rimmel. Bardzo ok, mam jeden w zapasach.
* tusz Bell <RECENZJA>
* cienie Rimmel- brązu używałam do brwi, super się sprawdzał. Ma już swoje lata, wyrzucam, bo mam godnego zastępce :)


PRÓBKI: 


* maska do włosów, a właściwie skóry głowy DERMAGLIN
* szampon seboradin- zainteresował mnie, może skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.
* odżywka natura siberica- bardzo fajna, na tyle na ile mogę stwierdzić po próbce, może się skuszę kiedyś na normalne opakowanie.


ARTYKUŁY HIGIENICZNE: 


* chusteczki velvet- najlepsze z najlepszych
* wkładki femina- najgorsze z najgorszych! Nienawidzę tej ceraty na tego typu produktach ... Straszne były...
* chustki z Rossmanna- ok. Ja ich używam.


Ale się nazbierało :D Super, cieszę się bardzo, im szybciej zużyję zapasy, tym szybciej znikną ograniczenia ! :D


Znacie coś? Moze coś u was sprawdziło się inaczej?


POZDRAWIAM!

środa, 12 kwietnia 2017

Nowości marca. Czy przekroczyłam budżet? Oj tak ...

Witajcie :) Kolejny miesiąc, kolejne podsumowanie. W marcu trochę więcej poszalałam, ale usprawiedliwiam się tym, że jednak nie co miesiąc jest promocja 1+1 w Rossmannie, no i nie co miesiąc jestem w B-stoku i mogę coś kupić. Oprócz rossmanna w sumie nie ma tego aż tak dużo, ale z racji małych kwot, skutki mogą być fatalne :D



No to tutaj jak widzicie żele oldspice i palmolive. No i dwa spraye Nivea, ulubione.
Męża kosmetyków nie wliczam :P


No i moje zakupy. Dwa żele z Schaumy, były w promocji za 6,99
Morska seria le petit 11,99
szampon Isana w promocji były po 7 zł
Dove sztyft 11.99
żele limitowane z Isany po 6,99


Te dwa produkty przywiozłam ze spotkania blogerek, z wymianki. Zabieg SeeSee czeka na użycie, baza JOKO jest super, ale nie jako baza. Jako rozświetlacz ma ekstra efekt, jednak użyty w rozsądnej ilości.


Była akcja na darmowe soczewki na 5 dni, więc są i one :)


Zakupy w Yves Rocher... No nie mogłam się oprzeć, bo do jakiegokolwiek zakupu- szampon otrzymujemy za grosz. Czytałam same pozytywne recenzje o szamponach z YR, kobietka dobrała mi ten, dobrałam go do zakupu balsamu-żelu z nowej serii. Zapach- obłędny! Formuła mnie zaciekawiła, więc sprawiłam sobie takie lekkie pachnidełko na lato. Będzie przebywać w lodówce :)
Żel kosztował 19,90


Peeling BodyBoom, kupiony na grupie za 10 zł plus 5 zł KW. Zobaczymy o co ten krzyk :)))


Odżywka od HEGRON. Tym razem do spłukiwania. Używam jej już od jakiegoś czasu, recenzja pewnie niebawem.


Przy okazji będąc w Białymstoku, zajechaliśmy na drobne zakupy, a więc skusiłam się na dwa zapachy, których recenzje niebawem! Mogę wam powiedzieć teraz tyle, że oba CUDNE!


w Goodies też skorzystałam z promocji na zapachy miesiąca i dobrałam dwa z nowej serii. :) Kosztowały mnie 32,4

A więc suma sumarum wydałam ok 110 zł ... Także sporo więcej, ale, ale! W kwietniu, ani maju takich promocji jak ta w Rossmannie nie ma. Teraz będzie -49% ale szaleć nie będę, bo mam mega zapasy.


Znacie coś? Co najbardziej was zaciekawiło?

BUZIAKI!

wtorek, 11 kwietnia 2017

Dead Sea Sheet Masque 7th heaven!

Witajcie Kochani! Na kilka dni zostaliśmy z Bartoszem sami, więc może mnie być mniej i tu i u was... Nie jest tak źle co prawda, myślałam, że będzie ciężej, ale wrzuciłam na luz, stwierdziłabym, że czego nie zdążę to nie zdążę :) aby był czysty przebrany i nakarmiony 😉 sprzatanie jeśli da rady to będzie, jak nie to nie :D może chałupka mi nie zarośnie :D


Dziś chciałabym wam opowiedzieć kilka słów o drugiej masce, którą otrzymałam na spotkaniu blogerek, o którym pisałam TU.


Tym razem jest to maska w płachcie.


Kolejna maska z dobrym składem. Bardzo miło jest używać takich produktów, szczególnie jeśli o twarz chodzi :)


I z tą maską miałam pewien problem na początku ... Jest ona wykonana z bardzo grubej i dosyć sztywnej tkaniny. Widzicie na zdjęciu, że w wielu miejscach odstaje od skóry. O ile w innych maskach udawało się nałożyć nawet warstwę na warstwę, skleić w miejscach gdzie się nakładały na siebie, tutaj nie było to możliwe. Szło opornie, miałam też wrażenie, że byłoby łatwiej, gdyby maska była bardziej nawilżona, chociaż z drugiej strony, takie z których wręcz się leje, też mnie wkurzają.

Ale co wam powiem, to wam powiem, że nie ma najmniejszego sensu się tym przejmować! Maska dawała takie przyjemne uczucie chłodu, komfortu twarzy, jakiego nie dała mi jeszcze żadna maska!
Nie był to tzw 'palący' chłód, był on intensywny, ale na tyle delikatny, że czułam się dosłownie jak w SPA. I wtedy zupełnie przestało mnie obchodzić, że poprawiałam ją co chwilę, aby w każdym miejscu dotykała buzi, co mnie to, skoro to taaaakie przyjemne!
Buzia po niej cudna, świetnie nawilżona i wygładzona, dopieszczona pod każdym względem! Tak samo jak moje samopoczucie!

I mimo tej, niezbyt udanej 'płachty' tą maskę polubiłam jeszcze bardziej, niż kokosową!
Polecam wam ją serdecznie!


Znacie ją ?

BUZIAKI!

niedziela, 9 kwietnia 2017

Creamy Coconut od 7th heaven!

Witajcie Kochani! Pogoda zaczyna się psuć.. Niby jest słoneczko, chociaż też nie ciągle, jednak 13 stopni to już nie te ciepło, którego doświadczyliśmy w poprzedni weekend. Ale to nic, kto by się przejmował, skoro to dopiero wiosna, dopiero się zaczęła, a przed nami lato! Zaraz będą upały, aż będę miała dosyć :D Najbardziej nie mogę się doczekać, ale i boję się chodzenia z Bartkiem nad wodę. Może być ciekawie :P będzie trzeba go wyciągać wołami :D

Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o maseczce od 7th heaven. Wcześniej nie miałam żadnej maseczki od nich, chociaż od dawna mnie ciekawiły. Nie widziałam ich nigdzie stacjonarnie, więc nie miałam okazji ich kupić.
Ale z ciekawością zaglądałam na ich profil na IG i podziwiałam cudowności!

Przyszła i na mnie pora, miałam okazję przetestować aż dwie, w dodatku jedna o moim ulubionym wariancie zapachowym.



Sama grafika już bardzo zachęca <3


Kilka słów od producenta i skład. Cudny skład! Chyba tak naturalnej maski jeszcze nie miałam!


Konsystencja bardzo kremowa, lekko się rozsmarowuje, ilość maski spokojnie pozwala nałożyć na całą twarz grubszą warstwę.

Jeżeli o działanie chodzi to tym bardziej się zakochałam!
Maseczka świetnie nawilża i odżywia skórę, nie zapycha jej, nie powoduje podrażnień i absolutnie nie przetłuszcza cery!
Jak i skład tak i działanie ma świetne! No i ten zapach... A wiecie przecież, że uwielbiam kokos! Zapach jest cudny, zero chemii!

Na prawdę bardzo serdecznie polecam tą maseczkę! Jest warta uwagi! Jeśli zobaczę ją gdzieś stacjonarnie chętnie sięgnę po nią ponownie.


Znacie ją może?

BUZIAKI!

piątek, 7 kwietnia 2017

YANKEE CANDLE: Pink Dragon Fruit

Nie tak dawno odwiedziliśmy szpital DSK w Białymstoku, wizyta u anestezjolog, przed zabiegiem i wizyta u alergolog.
Przed zabiegiem już wszystko dopięte. Za niecałe 2 miesiące mamy się stawić o 6:30 w Izbie Przyjęć itd itp., ale ja nie o tym, pewnie jak przyjdzie czas wspomnę wam o tym więcej.

Wizyta w Białymstoku to dla nas szansa na większe zakupy, w sklepach, których u nas nie ma.
Pisząc to, czuję się jak baba z wioski :P haha. Nie no, nie ukrywam, Augustów nie jest zbyt wielkim miastem, więc korzystam zawsze z okazji bycia w Białymstoku.
No nie mogłam nie odwiedzić w Galerii Białej wysepki z woskami.. Skusiłam się na dwa, które bardzo chciałam poznać! Ciężki był wybór, bardzo ciężki..


Dzisiaj chciałabym wam opisać jeden z nich. Na pierwszy ogień poszedł zapach Pink Dragon Fruit.


OPIS: Pitaja zakwita tylko w nocy. W dzień natomiast – kusi aromatem oryginalnych, żywo różowych owoców. To właśnie one – truskawkowe gruszki – zebrane zostały na meksykańskich wakacjach, doskonale spreparowane i zamienione w sporą ilość wonnych olejków. Esencja wprost z serca smoczego owocu trafiła następnie do wnętrza wosku – aromatycznego, słodkiego, egzotycznego. Pink Dragon Fruit to zapachowy monochromatyzm w najlepszym wydaniu – długo wyczekiwana randka z meksykańską królową nocy, pachnąca aromatem truskawkowej gruszki i czarująca minimalistyczną formą zaklętą w różowym wosku.

'Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: pitaja (smoczy owoc).'

Żródło: Goodies



Nigdy nie jadłam Pitaji, nie wiem też więc jak pachnie, nie zweryfikuję więc czy zapach jest porównywalny.
Ale jak ten wosk pachnie! Przepiękny- dla mnie kwiatowo-owocowy zapach, który przywołuje piękne wspomnienia, myśli.
Odrobinkę wyczuwam w nim truskawki, które wręcz uwielbiam!
Po tym zapachu stwierdzam, że koniecznie muszę spróbować tego owocu! Wiem, że zdania są bardzo podzielone, ale może mi akurat posmakuje :)
Zapach jest bardzo, bardzo intensywny, wypełnia cały pokój, następnie delikatnie unosi się po całym mieszkaniu. 
Bardzo go polubiłam, na pewno nie raz jeszcze do mnie trafi!

Wosk kupicie TU, w cenie 9zł.

Znacie go? A może jedliście 'smoczy owoc'??

BUZIAKI!